Nie takie straszne Bieszczady rowerzystom, jak je malują.

Lata lecą, organizm się zużywa. Coraz mniej sił na walkę z interwałowymi, bieszczadzkimi trasami. Zaczyna się wspominanie minionych, jakże słusznych i bogatych w dokonania czasów. Ale dusza chciałby jeszcze do raju, tylko czegoś jej brakuje.

963736_653593911323863_574999723_o

Na wspomnienia ad hoc zorganizowanej wycieczki rowerowej na „góralu” z sąsiadem na eleganckiej „szosówce” po bieszczadzkiej tzw. Dużej Pętli łza się w oku kręci. Takie fajne podjazdy, zjazdy, mało gdzie odcinki płaskie i proste, bo to przecież góry. I te niesamowite krajobrazy, które czuć i widać. Szaleńczy zjazd z Jabłońskiej Góry i awaryjne hamowanie Jasia tuż przed barierką na jednej z serpentyn zakończone złożeniem się koła w pół. Wtedy nie stanowiło to żadnej przeszkody w kontynuacji jazdy. Wyprostowane przy pomocy „buta” tylne koło, ocierające się o górną część ramy, nie uniemożliwiło dalszej jazdy. A zostało do domu ponad 70 km. Daliśmy radę!

564264_449943275022262_588144973_n

A próba nowego górala z aluminiową ramą przeprowadzona na wytrzymałość (roweru i rowerzysty) w temperaturze ponad 35 stopni, na trasie Ustrzyki Dolne – Kraków. I powrót następnego dnia. Można było? Można! Bez specjalnych problemów. Wtedy to był wyczyn nie lada, a dzisiaj z zazdrością patrzę na MOCARZY, którzy biorą udział w Giga-Super-Maratonie Bałtyk – Bieszczady Tour na trasie 1008 km non – stop. Rekord trasy – ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych – to lekko ponad 35 godzin. To prawda. Byłem wtedy na mecie.

319263_289817864368138_276165733_n

A wiosenny wyjazd na poznanie zakamarków i polnych dróg między Polaną a Czarną – doliną Czarnego. Widok wawrzynka wilcze łyko pięknie kwitnącego na ostatniej łasze śniegu nadjaskinią w Rosolinie – niezapomniany. Do tego bieszczadzkie, wiosenne błoto skutecznie klejące się do roweru. To tylko w Bieszczadach rower z góry trzeba sprowadzać, bo jest skutecznie zablokowany przez błoto. Na szczęście jechaliśmy wzdłuż potoku i po każdym sprowadzeniu roweru z góry można było go wyprać w bieżącej wodzie. I tak kilka razy, bo droga iła się serpentynami raz z jednej strony potoku, raz z drugiej i nieustannie wznosiła się i opadała. Jak dojechaliśmy do Czarnej to łańcuchy skrzypiały niemiłosiernie, a my nie mieliśmy ze sobą ani kropli oleju. Trzeba było w najbliższym sklepie kupić zwykły olej spożywczy, bo wstyd było jechać. Daliśmy radę!

267568_257450914271500_4433950_n

Trudno zapomnieć też jeden z pierwszych, wiosennych wyjazdów – „na rozjeżdżenie”. Mała Pętla Bieszczadzka, ładna widokowo, wielokrotnie przejeżdżana, znana na pamięć. Wyjazd bez przygotowania, bo to niedaleko (75 km), bo to łatwa, znana trasa, bo człowiek jeszcze młody i da radę (25 lat temu). Nie zabrałem nawet bidonu z wodą. Zupełnie nic do picia i jedzenia. Taka przejażdżka przed obiadem. A rower byle jaki. Jeden z pierwszych polskich, rometowskich „górali”, których ramy były spawane z rurek wodociągowych (tak opowiadali wtajemniczeni). Ciężki, na stalowych obręczach, trudnych do wycentrowania. I na ostatnim podjeździe „noga przestała podawać”. Zabrakło paliwa. Po przeszukaniu wszystkich zakamarków odzieży i saszetki na dokumenty udało się znaleźć trzy okrągłe dropsy miętowe, które dodały energii na pokonanie podjazdu i dotarcie do domu. Zupełny brak rozsądku i kawaleryjska fantazja.

A teraz tylko wspomnienia innych zwariowanych wypraw, wyjazdów, rajdów. I wyjazdy na spacery z psem, żeby sobie pobiegał. Wydawałoby się, że nie ma już szans na wyjazd rowerowy np. na Ostry, żeby popatrzeć z siodełka na Połoniny, że został już tylko samochód na dłuższe wypady.

Ale nie. To nie prawda. Będzie można w dalszym ciągu wybierać się na dłuższe, całodniowe wyprawy rowerowe po Bieszczadach. Będzie można przejechać przez Otryt i na skróty dojechać w Dolinę Sanu i do Zatwarnicy. Będzie można na rowerze jeszcze raz wybrać się na Słowację przez Przełęcz nad Roztokami i odwiedzić naszego przyjaciela Jozefa w jego nowo pobudowanej, drewnianej, rusińskiej chacie, bardzo podobnej do Sadyby Bojkowskiej, na dodatek budowanej przez tą samą ekipę ciesielską. Ladomirowa nie tak daleko od granicy. A zjazd przez Park Narodowy „Połoniny” starym traktem kupieckim i wzdłuż zalewu Starina, to niezapomniane przeżycie.

298791_273662722650319_1783867_n

Otóż szykuje się otwarcie sieci wypożyczalni rowerów wspomaganych elektrycznie. Jestem po pierwszych testach jednego z rowerów. Na razie typu miejskiego, ale z 8 biegami. Same pochwały. Strome, bieszczadzkie podjazdy pokonywałem bez problemu. Wspomaganie wielozakresowe, w zależności od przygotowania kondycyjnego rowerzysty: eko, standard i power. Można również je wyłączyć i jechać normalnie – „na własnym napędzie”. Przy wspomaganiu eko zasięg ponad 160 km. Czyli całe Bieszczady w „zasięgu nóg”. Aż mi się humor ponownie poprawił. Pierwszy raz to miałem po wymianie zużytych bioder na eleganckie endoprotezy. Wtedy znowu mogłem zacząć normalnie chodzić. A teraz znowu będę mógł pojechać w góry i wrócić na obiad! Będzie można „doładować wewnętrzny akumulator”, poprowadzić znajomych na wyprawę bieszczadzkimi szlakami, poza oznakowanymi trasami, pokazać rzeczy, których się nie zobaczy z samochodu, czy też na piechotę. Bo na rowerze można więcej, a na e-bike’u łatwiej.

20150318_155800

Takie rowery będą m.in. do dyspozycji gości Sadyby Bojkowskiej oraz w Karpackim Centrum Turystyki Aktywnej KREMENAROS.

zdjęcie 1

Szczegóły już niedługo!

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *